,

“Tylko zimno i pada, zimno i pada …” i jeść się chce. Niestety w taką pogodę głód jakby jest większy niż w słoneczne, upalne dni. Nic dziwnego, wychłodzony organizm domaga się ciepła i wysokoenergetycznych potraw. I rzeczywiście, jesienią i zimą, gdy jestem głodna, trudno mi myśleć o sałatkach czy jogurtach. Myśli krążą wokół czegoś bardziej treściwego, najlepiej ciepłego i … niestety bardziej kalorycznego. Wszyscy jednak wiemy, jak kończy się taka kilkumiesięczna, zimowa dieta. Kilkoma zbędnymi kilogramami, złym samopoczuciem i depresją. I zdecydowanie tego nie chcemy! Ja nie chcę. Czas więc na ciepłe sałatki z pieczonych warzyw z dodatkiem aromatycznych ziół. Na start – z a p i e k a n a    c i e c i e r z y c a   z   f a s o l  ą   i   j a r m u ż e m.

Continue reading

0
Share

Niedziela. W końcu trochę więcej czasu na wszystko. Nie trzeba działać automatycznie zgodnie z wcześniej ustalonym planem (matko, dobrze że taki w ogóle jest, inaczej byłoby ciężko). Spokojnie można wypić kawę, pobiegać przy świetle dziennym (cudownie), zostawić po myciu włosy, by same wyschły i zrobić pyszny obiad w nieco więcej niż 10 minut (ale też nie pół dnia 🙂 ). Na dziś planuję przygotować jedno z dań Jamiego Olivera. Roloto z dynią i szpinakiem zapiekane w sosie pomidorowym. To nic innego jak lasagne, z tym że makaronu używa się nieco inaczej. Płatów nie układa się płasko w naczyniu, ale zwija w rulony. Wygląda ciekawie i jakże ułatwia to porcjowanie gotowego dania 🙂 A co do połączenia smaków to lepiej być nie może. Moja ukochana, słodkawa dynia piżmowa (można użyć innej) świetnie łączy się ze szpinakiem, słonym serem i lekko pikantnym sosem pomidorowym. Tak właśnie będzie smakowała niedziela 🙂

Continue reading

0
Share

Czas przed zawodami (Triathlon Mietków) był nerwowy. Targały mną emocje – stres i ekscytacja zarazem. Podczas zawodów było już tylko pozytywne podniecenie. Wiadomo – była też adrenalina i odrobina presji. Oczywistym założeniem było, że zawody miałam ukończyć szybciej niż w zeszłym roku, co przy zeszłorocznych 3 godz. 18 min. nie było takie trudne. Limit jednak, jaki sama sobie nałożyłam (3 godziny) nie był już taki łatwy do osiągnięcia. Ale, ale … udało się! 2 godz. 58 min – jupi! 🙂 Na każdym etapie zawodów sama siebie zaskakiwałam. Z wody wyszłam 2 minuty szybciej niż zakładałam, co już na starcie naładowało mnie pozytywnymi, dużymi emocjami. Na rowerze też szło mi nieźle. Jak to mówią – ‘łydka podawała’ 🙂 Strach, który często towarzyszy mi przy zjazdach, tym razem się nie pojawił. Cisnęłam ile się dało. Dodatkowo na plecach czułam oddech koleżanki z teamu, z którą po cichu rywalizowałam (tak, tak Karola 😉 ). To dodatkowo mnie motywowało. Nie chciałam pozwolić się dogonić. Szybka zmiana, odstawienie roweru, przebranie butów i sruuu na traskę. I tu już nie było tak kolorowo. Trasa była ciężka, kilka długich podbiegów, a nawet bieg po schodach (2 razy!). Już samo bieganie po zejściu z roweru jest wyjątkowo niekomfortowe i ciężkie, a co dopiero na takim terenie. Trudne jest kontrolowanie tempa zwłaszcza, gdy kilometry na trasie nie są oznaczone. Pojawiło się kilka kryzysów, ale doping zrobił swoje. Oklaski i wykrzykiwane motywacyjne hasła znajomych i nieznajomych dodawały siły. Biegłam, ciągle biegłam. W momencie, gdy już czułam totalny brak siły, zerknęłam za zeS0035141garek i stwierdziłam, że nie jest źle. Jest szansa, żeby ukończyć bieg w takim czasie, w jakim zwykle przebiegam taki dystans, ale bez uprzedniego pływania i jazdy na rowerze. Musiałam przyspieszyć. Yhm, nie wiem jak i skąd, ale wykrzesałam z siebie dodatkowe siły i przyspieszyłam, mocno przyspieszyłam. Wbiegłam na metę tuż przed 3 godziną zawodów! Superrrr! Dla mnie to ogromny sukces.
Od zawodów minął już tydzień. Dzięki nim jestem tak nakręcona, że usiedzieć nie mogę. I dobrze, bo choć z wyniku jestem zadowolona, to muszę nad sobą pracować. Widzę, gdzie trzeba i gdzie można coś poprawić. Bieganie trzeba mocno poprawić. I stąd lektura … Runner’s World 🙂 I stąd dzisiejsza kolacja – SZPARAGI. To idealne warzywo dla biegaczy. Zawierają witaminę K (pół pęczka zaspokaja 100% zapotrzebowania na tę witaminę), kwas foliowy, potas, białko, żelazo i witaminę C. Są pyszne i proste do przyrządzenia. Jedzmy i biegajmy! 🙂

Continue reading

0
Share

Za mną dość pracowite dni. Na wszystko jakby brakowało czasu, a momentami i chęci. O dziwo nawet kwestię posiłków traktowałam po macoszemu. Weekend miał być przełomem i był! Nowy przepis i … wielka satysfakcja. Po raz kolejny udowodniłam sobie, a teraz próbuję Wam, że w prostocie siła. Gdy nie będziecie mieli za dużo czasu na gotowanie, ale mieli chęć na coś pysznego i pożywnego to pomyślcie o KREWETKACH i MAŁŻACH z tego przepisu. Ja póki co w ogóle nie mogę przestać o nich myśleć 😉

Continue reading

0
Share

Czy Wam też  l a s a g n e  kojarzy się z hasłem ‘pysznie, ale ciężko’? Klasycznie makaron przekładany jest smażonym mięsem wieprzowym, sosem pomidorowym, dużą ilością pysznie roztopionego sera i kremowym sosem beszamelowym. Niestety tego typu danie to bomba kaloryczna i duża, zbyt duża, dawka tłuszczu. Ser i mięso w połączeniu z makaronem to niestety, jeśli myślimy o zdrowym odżywianiu, kombinacja niedopuszczalna. Na szczęście lasagne możemy przyrządzić z innych składników, lżejszych, ale nawet jeśli nie fit to na pewno duuuużo bardziej wartościowych. Kaloryczność wtedy schodzi na drugi plan. Moją wersją i jednocześnie propozycją dla Was jest LASAGNE z DYNIĄ i CZARNĄ SOCZEWICĄ. Nie ma w niej sera żółtego. Jest jednak sos beszamelowy, bez którego nie wyobrażam sobie lasagne, ale … przyrządzony jest z mleka o mniejszej zawartości tłuszczu i użyty w raczej symbolicznej ilości. Danie zawiera dużą ilość łatwo przyswajalnego białka, potasu, kwasu foliowego, wapnia, fosforu, cynku, witamin z grupy B i wiele innych witamin i minerałów. Jest sycące, ale nie ciężkie.

Continue reading

0
Share

Sylwestrowa noc minęła. I oto mamy nowy 2016 rok, a więc przed sobą 366 dni (tak, tak, mamy rok przestępny) na zrealizowanie swoich pragnień, małych fantazji i wielkich marzeń. To będzie piękny rok!

Nowy Rok to dzień podejmowania postanowień i … gości 🙂 Do noworocznej lampki wina świetnie pasuje wytrawna tarta z gruszkami i serem pleśniowym. Piekłam ją nie w całości, ale podzieloną już na porcje w mniejszych foremkach.

Continue reading

0
Share

Przed świętami zaopatrzyłam się w kilogramy gruszek. Planowałam upiec z nich jakieś pyszne ciasto i wziąć je ze sobą na jedną ze świątecznych wizyt. Szybko z tego pomysłu zrezygnowałam i to już chwilę po Wigilii. Zobaczyłam te uginające się pod ciężarem jedzenia stoły, te blachy wypełnione smakowitymi wypiekami, a potem twarze bliskich coraz mniej uśmiechające się na widok kolejnych potraw. Osobiście uwielbiam ciasta, wszystkie (no prawie)! I zawsze byłam jedną z tych nielicznych, która wstrętu z przesytu dostawała dość późno. Gdy nadszedł ten moment, nie miałam już nawet ochoty myśleć o jedzeniu. Wiedziałam doskonale, że kolejnym ciastem nie sprawię nikomu radości, a o to przecież chodziło. Postawiłam więc na lżejszą wersję deseru. Zawsze to przyjemnie skubnąć coś słodkiego 😉 Zrezygnowałam z mąki, tłuszczu, cukru, spulchniaczy, aromatów. Z całej tej eliminacji zostały tylko gruszki. I super! Dodałam odrobinę miodu, trochę orzechów i upiekłam. I proszę, pyszny i niezapychający deser gotowy. Oj pyszny!

Continue reading

0
Share

Brak czasu na zakupy (a może brak chęci udania się na nie) postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Musiałam stworzyć obiad z ‘niczego’. Mogłam też nie robić nic, licząc że głód mnie nie chwyci. Marne szanse, prawda? Właśnie… Otworzyłam więc lodówkę i po szybkim przeanalizowaniu jej zawartości, szansę zaistnienia dałam leżącym już kilka dni pomidorkom koktajlowym, zawsze obecnym jajkom, otwartemu jogurtowi, śmietance (sama nie wiem skąd wzięła się w lodówce 😉 ) i koziemu twarożkowi, który kupiłam kilka dni temu całkiem przypadkowo. Z połączenia tego wszystkiego (plus kilku innych produktów) wyszła pyszna   t a r t a   z   p o m i d o r k a m i   i   k o z i m   s e r e m. Wynik przerósł moje oczekiwania. Danie miało zaspokoić ewentualny głód. Tymczasem dało radość nie tylko żołądkowi, ale i kubkom smakowym. Z pewnością powtórzę ten przepis.

Continue reading

0
Share

Czy Wy też, idąc do sklepu po jedną rzecz, wychodzicie z niego z wypełnionym po brzegi koszykiem? Hahaha. Jakbym się nie starała to nie potrafię trzymać się listy zakupów. Zawsze, ale to zawsze, kupuję coś z poza niej. Oczywiście tylko to, co na pewno się przyda 😉 albo chociaż ciekawie wygląda. Co poradzić, skoro lubię przechadzać się między sklepowymi regałami, oglądać opakowania i czytać etykiety. Nie ma szans, żeby coś nie przykuło mojej uwagi i nie trafiło do koszyka. Hm, i stąd moja pozorna niepostępowość. Codziennie latam z siatami ze sklepu. A mogłabym, siedząc wygodnie w fotelu, popijając gorącą herbatę, klikać w klawiaturę w jakimś e-sklepie. Wybór przecież taki sam, ceny te same, a nawet lepiej, bo miły Pan wniósłby te siaty do mojej kuchni. Spróbowałam. Świetne to, ale … nie weszło w krew 😉

Nawiązując do tego przydługiego wstępu, wybrałam się o poranku do sklepu po bułki. Wróciłam z bułkami i … kurkami [i z wieloma innymi rzeczami oczywiście]. Pozostało jedynie pomyśleć co z nich zrobić. I wymyśliłam TARTĘ Z KURKAMI I KOZIM SEREM. Kilka składników, niewiele pracy, a posiłek wyszedł pyszny i sycący.
Continue reading

0
Share