Tłusty Czwartek to jedyny dzień, w który z ogromnym smakiem sięgam po pączka, a nawet kilka. W ciągu roku raczej ich nie jadam. Nie żebym nie lubiła 🙂 Staram się ograniczać słodycze. A gdy już decyduję się na słodki grzeszek to wybieram czekoladę lub ciasto. W Tłusty Czwartek staram się przygotowywać pączki sama, ‘odchudzając’ je jak się da. Nie smażę pączków, piekę je w piekarniku bez użycia tłuszczu. Moimi ulubionymi są te z dynii (tu przepis), które robiłam już kilka razy. Za każdym razem baaardzo smakują 🙂 W tym roku postanowiłam wypróbować inny przepis, który zmodyfikowałam pod siebie. Użyłam kremowego sera ricotta, białej czekolady, miodu (może ciut za mało). Dla efektu wizualnego i smakowego przygotowałam lukier z dodatkiem jagód.
Suche pączki są mało słodkie. Podejrzewam, że dla wielu osób nawet zbyt mało. Spokojnie można dodać więcej miodu lub cukru.
Przygotowanie jest niezwykle proste i szybkie. Można aż pokusić się o ich upieczenie rano przed pracą 🙂

Continue reading

0
Share

Tegorocznej jesieni poznałam nowy smak, smak kasztanów jadalnych. Aż wstyd się przyznać, że poznałam go dopiero teraz w swoim domu, a nie 6 lat temu, gdy zwiedzałam Paryż. Ale ale .. lepiej późno niż wcale. Teraz przynajmniej wiem, że gdy natrafię na uliczny stragan z pieczonymi kasztanami to obojętnie przejść nie mogę 🙂 Smak kasztanów zaskoczył mnie i zachwycił. Zarówno pieczone jak i gotowane kasztany konsystencją przypominają ziemniaka, w smaku jednak są dużo słodsze i jakby orzechowe. Niesamowite. Od razu poczułam, że idealne będą do wszelkiego rodzaju placków i omletów. Sprawdziłam to niemal od razu. Potwierdzam – np. do pankejków nadają się świetnie 🙂 W przepisie na śniadaniowe placki kasztany połączyłam z jabłkiem, cynamonem i syropem klonowym. Wyszło bardzo jesiennie.

Continue reading

0
Share

Dziś pierwszy dzień jesieni. Dla mnie to też pierwszy dzień długo wyczekiwanego urlopu, stąd jesiennego smutku nie doznałam. Nie przejmuję się nawet tym, że od rana pada deszcz i jest strasznie ponuro. Mam czas, poczekam na lepszą pogodę i słońce 🙂 Póki co słońce zaserwowałam sobie na śniadanie. Gryczane pancakes z czekoladą bardzo przyjemnie łączą się z rześkim smakiem cytryny. Do tego kwaśny jogurt i słodki mód. Mmmmmm 🙂

Continue reading

0
Share
,

Aura zrobiła się już zdecydowanie jesienna. Nie sądziłam, że to ‘powiem’, ale … cieszy mnie to. Uwielbiam ciepełko i słońce, ale chłodne poranki z klimatyczną mgiełką mają w sobie to coś. No i jak się świetnie biega! 🙂 Sportowy ciuch niewiele się teraz różni od tego w upalne dni. Długie leginsy i koszulka z krótkim rękawem w zupełności wystarczają. Samo wyjście z domu i pierwsze minuty biegu nie są najprzyjemniejsze. Chłód atakuje od razu, ale na krótko. W biegu ciało rozgrzewa się i zimna już się nie czuje. A jeśli się czuje … to trzeba biec szybciej 🙂
Uwielbiam biegać rano. Niestety w dni powszednie trudno mi to zorganizować. Za to w weekendy myślę tylko o tym, by jak najszybciej wstać i pobiec w dal …  no i jeszcze o pysznym śniadaniu 🙂 Na nie jest jednak czas dopiero po treningu. Wtedy też można sobie pozwolić na dużo więcej 😉 Najczęściej rozpieszczam się (i regeneruję) puszystym omletem z wędzonym łososiem, twarożkiem i rzodkiewką. Dorzucam też zieleninę, którą akurat posiadam – kiełki, rukolę czy koperek. Danie gotowe jest w kilka minut. Znika z talerza zdecydowanie szybciej 😉
Continue reading

0
Share

Chleba naszego powszedniego … upiecz sobie. Warto mieć sprawdzony przepis na dobry chleb, by móc wykorzystać go w sytuacjach kryzysowych jak np. zamknięty sklep lub po prostu cieszyć się smakiem dobrego pieczywa bez wychodzenia z domu do piekarni. Na ten przepis natknęłam się, buszując wśród przepisów Kwestii Smaku. Chleb wyszedł za pierwszym razem i od razu mnie zachwycił. Był wyrośnięty, miał ładna strukturę i delikatny smak, puszysty, ale nie napompowany powietrzem. To chleb treściwy, który zachowuje świeżość przez kilka dni – na pewno przez 3, potem znika 😉 Od tego pierwszego razu upieklam go już wiele razy. Udaje się za każdym razem! Dla własnych potrzeb, a raczej wygody, zmodyfikowałam przepis w zakresie czasu wyrastania. Nie podchodzę do ciasta co kilkadziesiąt minut (kto by miał na to czas). Zostawiam je w spokoju na dłuższy czas i zajmuje się nim dopiero, gdy odpowiednio wyrośnie.

Continue reading

0
Share

Jestem głodomorem, ładniej mówiąc smakoszem. Po prostu czerpię ogromną przyjemność z jedzenia. Nie każdy jednak tak ma. Dla niektórych jedzenie to przykra konieczność. Spożywają pokarm jedynie dla energii. Gorzej jak nie. W takich przypadkach pomocna może być prezencja potrawy. Wiadomo, że również oczy jedzą. Gdy coś apetycznie wygląda, to łatwiej po to sięgnąć. W moim przypadku trudno się wtedy powstrzymać przed jedzeniem nawet, gdy jestem już najedzona. Eh, co począć? 😉
Choć nie przepadam za kolorem różowym to buraczane naleśniki niezwykle pobudzają moje oczy a przez to i apetyt. Od dawna planowałam dodać sok buraczany do ciasta naleśnikowego. Ile to już razy specjalnie pod ten pomysł kupowałam buteleczkę soku. Zawsze jednak jej zawartość tuż przed końcem daty ważności lądowała w moim żołądku? Któregoś dnia wlałam ją (wreszcie) do mleka i mąki. Ciemno bordowy kolor złamał się nagle w soczysty róż. Pięknie 🙂 Smak buraków jest wyczuwalny, ale niezbyt mocno. Zdecydowanie pasuje tu wytrawny farsz, najlepiej zdrowy i ładnie kontrastujący z barwą ciasta. Padło na wędzonego łososia, delikatny, kremowy serek, rukolę i charakterystyczną rzodkiewkę. Wszystko świetnie się komponuje. Takie naleśniki serwuję sobie jako danie główne np. po jednym z treningów. A gdy z obiadu trochę zostaje, pakuję do pudełka i zabieram do pracy jako przekąskę… i zjadam szybko i po kryjomu, żeby zapach ryby nie rozwścieczył korpoludków 😉

Continue reading

0
Share

Już po świętach. Moje myśli jednak wciąż przy świątecznym wypieku. Przy mazurku.
Na tegoroczną Wielkanoc zaplanowałam upiec ciasto. Nie mogło być to żadne inne, jak tylko mazurek. Nie mając specjalnie za dużo wolnego czasu do przeszukiwania internetu, po przepis zajrzałam na jedną z najbardziej popularnych stron kulinarnych – na Kwestię Smaku. Przepisy tam umieszczone odpowiadają mi i chyba wszystkie, z których skorzystałam, przypadły mi do gustu. Nie inaczej było tym razem. Nie zawiodłam się. Wypiek (co prawda po delikatnych modyfikacjach) okazał się strzałem w dziesiątkę. Kruchy, cudownie słodki i przyjemnie słony zarazem. Mmmniam. Po wyłożeniu go na świąteczny stół, zniknął w ciągu 5 minut, pozostawiając po sobie kilka okruszków i pozytywnych opinii. Niektórym tak bardzo przypadł do gustu, że poproszono (prawie żądano) o ponowne jego upieczenie choćby w najbliższy weekend 🙂 Chyba bronić się przed tym nie będę. Mnie też baaardzo posmakował.

Continue reading

0
Share

Z końcem tygodnia (roboczego) zaobserwowałam masowe planowanie lepienia pierogów. To pewnie, poza rosołem i kotletem  schabowym, najczęstszy wyrób weekendowych prac kuchennych. Nic dziwnego. Pierogów nie da się ulepić od tak w pięć minut. Wymaga to od nas nieco więcej czasu i skupienia. Nie wystarczy zamieszać od czasu do czasu, przy jednoczesnym robieniu np. prania. Trzeba w tej kuchni stanąć i tak stać i lepić, aż ulepi się tyle pierogów, by starczyło na obiad i pewnie jeszcze kilka kolejnych 😉 Osobiście lubię lepić pierogi, ale unikam robienia ich na zapas. I nie tylko dlatego, że po godzinie lepienia mi się odechciewa, ale też dlatego, że nie chcę trzy dni z rzędu jeść tego samego, a w zamrażarce po prostu nie ma miejsca.
Jednymi z moich ulubionych pierogów są te z łososiem z dodatkiem wyczuwalnej skórki cytrynowej i pomarańczowej. Dla mnie to idealna potrawa na weekend. Mam wreszcie czas na jej przygotowanie, a poza tym zawiera składnik, który obiecałam sobie, że będę jadała w weekendy – rybę. W pierogach też się liczy 😉

Continue reading

0
Share

Zabiegani, zapracowani i zmęczeni codziennością nie możemy zapomnieć o przyjemnościach i życiu towarzyskim. To prawda, trudno znaleźć czas. Ale czy rzeczywiście nie da się wygospodarować choć jednego w miesiącu popołudnia czy wieczoru? Odejść wtedy na te kilka godzin od komputera czy telewizora? Albo nawet odpuścić święty, dziesiąty już w tym tygodniu trening? Nie można dać się zwariować. Spotkania z przyjaciółmi czy rodziną są ważne i nie odpuszczajmy ich sobie tylko dlatego, że ‘nie chce mi się wychodzić’, ‘nie mam czasu posprzątać’, ‘muszę iść pobiegać’ czy ‘nie mam co na siebie włożyć’. Ważne są dla potrzymania bliskich relacji towarzyskich, ale też i dlatego, żeby przełamać codzienną rutynę. Praca, dom, treningi wypełniają mój dzień. Każdy dzień. Choć nie każdy w taki sam sposób. Tworzą one tygodniowe cykle, a te już jakby przy użyciu Ctrl+C, Ctrl+V powtarzają się kolejno. Dobrze jest czasami ‘wyskoczyć’ z trybików maszyny, na chwilkę tylko 🙂 Więc wyskoczyłam na chwilę w miniony weekend. I to dwa razy 😉 W piątek na tańce-hulańce z przyjaciółmi (ostatecznie się tym tańcom tylko przyglądałam), rezygnując jednocześnie z treningu biegowego, a w niedziele na rodzinny obiad, który sama przygotowywałam. I tu nie było łatwo. W krótkim czasie musiałam ogarnąć zaniedbane ostatnio mieszkanie, zrobić pranie, zakupy i przyrządzić obiad. Udało się. Poszło nawet lepiej niż sądziłam. Zdążyłam przygotować deser! 🙂 Upiekłam ciasteczka w oparciu o przepis z ‘Jadłonomii’. Wymieniłam kilka składników na takie, które akurat posiadałam i jakby od niechcenia wrzuciłam do piekarnika. I proszę, wyszły świetnie. A czasami człowiek się stara, na rzęsach staje i klapa. Coś, co zawsze wychodziło, nagle się nie udaje. Ciasteczka wyszły naprawdę smaczne. Szkoda, że tak mało 😉

Continue reading

0
Share

Trafił mi się pierogowy tydzień 🙂 Jakoś tak wyszło, nieplanowanie i niechcący. Zaczęło się od tego, że od jednej mamy dostaliśmy trochę pierogów, ruskich – wiadomo. Nie było ich zbyt dużo. Zrobiły nam więc raczej smaka, niż pozwoliły do syta się najeść. W związku z tym poczuciem niedosytu postanowiłam zakasać rękawy i ulepić kilka pierogów. Może raczej kilkanaście. Tyle, by starczyło na jeden obiad. Bez mrożenia i jedzenia ich przez 4 dni. Nie chcąc konkurować ze świetnymi ruskimi, jakie dostaliśmy, zdecydowałam się napakować swoje pierogi innym farszem. Wybór padł na zieloną soczewicę. Włożyłam tym samym trochę zdrowia do niezbyt wartościowego, mącznego dania. Soczewica zawiera bardzo dużo białka, potasu, żelaza i kwasu foliowego. I świetnie nadaje się na farsz. Pierogów wyszła odpowiednia ilość. Na szczęście, bo po kilku dniach druga mama na rodzinnym spotkaniu zaserwowała … pierogi! 🙂 Co więcej dała kilkadziesiąt (!) sztuk na wynos. Jedliśmy więc pierogi przez kolejne dni. Oczywiście były przepyszne. Ale chyba na jakiś czas mamy dość 😉
Continue reading

0
Share