Czas przed zawodami (Triathlon Mietków) był nerwowy. Targały mną emocje – stres i ekscytacja zarazem. Podczas zawodów było już tylko pozytywne podniecenie. Wiadomo – była też adrenalina i odrobina presji. Oczywistym założeniem było, że zawody miałam ukończyć szybciej niż w zeszłym roku, co przy zeszłorocznych 3 godz. 18 min. nie było takie trudne. Limit jednak, jaki sama sobie nałożyłam (3 godziny) nie był już taki łatwy do osiągnięcia. Ale, ale … udało się! 2 godz. 58 min – jupi! 🙂 Na każdym etapie zawodów sama siebie zaskakiwałam. Z wody wyszłam 2 minuty szybciej niż zakładałam, co już na starcie naładowało mnie pozytywnymi, dużymi emocjami. Na rowerze też szło mi nieźle. Jak to mówią – ‘łydka podawała’ 🙂 Strach, który często towarzyszy mi przy zjazdach, tym razem się nie pojawił. Cisnęłam ile się dało. Dodatkowo na plecach czułam oddech koleżanki z teamu, z którą po cichu rywalizowałam (tak, tak Karola 😉 ). To dodatkowo mnie motywowało. Nie chciałam pozwolić się dogonić. Szybka zmiana, odstawienie roweru, przebranie butów i sruuu na traskę. I tu już nie było tak kolorowo. Trasa była ciężka, kilka długich podbiegów, a nawet bieg po schodach (2 razy!). Już samo bieganie po zejściu z roweru jest wyjątkowo niekomfortowe i ciężkie, a co dopiero na takim terenie. Trudne jest kontrolowanie tempa zwłaszcza, gdy kilometry na trasie nie są oznaczone. Pojawiło się kilka kryzysów, ale doping zrobił swoje. Oklaski i wykrzykiwane motywacyjne hasła znajomych i nieznajomych dodawały siły. Biegłam, ciągle biegłam. W momencie, gdy już czułam totalny brak siły, zerknęłam za zeS0035141garek i stwierdziłam, że nie jest źle. Jest szansa, żeby ukończyć bieg w takim czasie, w jakim zwykle przebiegam taki dystans, ale bez uprzedniego pływania i jazdy na rowerze. Musiałam przyspieszyć. Yhm, nie wiem jak i skąd, ale wykrzesałam z siebie dodatkowe siły i przyspieszyłam, mocno przyspieszyłam. Wbiegłam na metę tuż przed 3 godziną zawodów! Superrrr! Dla mnie to ogromny sukces.
Od zawodów minął już tydzień. Dzięki nim jestem tak nakręcona, że usiedzieć nie mogę. I dobrze, bo choć z wyniku jestem zadowolona, to muszę nad sobą pracować. Widzę, gdzie trzeba i gdzie można coś poprawić. Bieganie trzeba mocno poprawić. I stąd lektura … Runner’s World 🙂 I stąd dzisiejsza kolacja – SZPARAGI. To idealne warzywo dla biegaczy. Zawierają witaminę K (pół pęczka zaspokaja 100% zapotrzebowania na tę witaminę), kwas foliowy, potas, białko, żelazo i witaminę C. Są pyszne i proste do przyrządzenia. Jedzmy i biegajmy! 🙂

Continue reading

0
Share

Cudownie tym, którzy mogą sobie pozwolić na codzienne śniadaniowanie w domu. Tak tak, wiem – dla chcącego nic trudnego. Mogłabym przecież wstawać wcześniej, przygotowywać i zjadać śniadanie w domu. Ale to nie to. Śniadanie najlepiej smakuje po dobrze przespanej nocy, w świetle dnia i z poczuciem, że czas mnie nie goni. A tego nie doświadczę zrywając się z łóżka o 5 rano 😉 Pozostaje mi celebrowanie śniadań w weekendy. To niedzielne było mocno jajeczne. I nie była to jajecznica, ani jajka na miękko czy twardo. Spróbujcie. Urozmaićcie jajeczne śniadania.

Continue reading

0
Share

M ą k a   g r y c z a n a  stała się moją ulubioną. Co mogliście już zresztą zauważyć przy okazji przepisu na chleb gryczany lub naleśniki z soczewicą. A skoro już mowa o naleśnikach to właśnie na nie wrzucam dziś przepis. Dziś proponuję Wam NALEŚNIKI nie z soczewicą, ale ZE SZPINAKIEM I JAJKIEM SADZONYM. Nie są złożone w kopertę ani zwinięte w rulon. Mają płaską, otwartą formę, którą przybierają typowe francuskie galettes robione zresztą z mąki gryczanej! Całkiem niedawna podróż do Francji zainspirowała mnie do stworzenia galettes we własnej kuchni. Rezultatem jestem bardzo usatysfakcjonowana.

Continue reading

0
Share