W tym roku jakby bardziej doceniłam szparagi.
Jakoś tak bardziej zaczęły mi smakować. Kiedyś nie specjalnie wiedziałam jak je przyrządzić i z czym jeść. Takie po prostu gotowane wydawały się … zbyt proste. Teraz zrozumiałam, że taki ich urok i to w nich właśnie jest piękne. Ugotowane, upieczone lub usmażone, podane z dodatkiem oliwy, soli, ewentualnie czosnku, szynki czy sera. Pyszota! Poza wyjątkowym smakiem, oferują całe mnóstwo wartościowych składników – witamin i minerałów. Przy tym są naprawdę niskokaloryczne (ok. 18 kcal w 100 g) i mają miano afrodyzjaku 😉

Continue reading

0
Share

Chorizo jest dla mnie niezwykłą kiełbasą. Hiszpański hit 🙂 Sama w sobie mnie nie urzeka. Chyba jest zbyt tłusta. Ale … obróbka cieplna zmienia ją diametralnie. Dodana do smażonych lub pieczonych potraw nadaje im ciekawego, intensywnego smaku. Wystarczy dodać jej niewielką ilość, by totalnie zmienić smak potrawy. Wychodzi na to, że używam chorizo jako przyprawy. W sumie tak jest. Nie gra ona u mnie pierwszych skrzypiec, ale trudno mi sobie teraz wyobrazić niektóre dania bez jej użycia. Idealnie mi pasuje do dyni np. w risotto z dynią albo makaronie z dynią. Świetnie też nadaje się na pizzę. Moim zdaniem to najlepsza kiełbasa na pizzę. Koniecznie spróbujcie! Tym razem spróbowałam chorizo w wersji smażonej z łososiem. Przepis pochodzi z ostatniej książki Jamie’go Olivera. No i jak to u Jamie’go – prosto i baaardzo smacznie 🙂

Continue reading

0
Share

Do Morza Śródziemnego mam daleko, ale do Biedronki na szczęście nie 🙂 Niezmiernie cieszy mnie fakt, że krewetki są tak łatwo dostępnym w Polsce produktem. Spożywanie ich możliwe jest więc nie tylko na wakacjach, ale i każdego, normalnego dnia. Nie wymagają długotrwałej obróbki, skomplikowanego przygotowania czy wyjątkowych, egzotycznych dodatków. Przygotowuje się je łatwo, szybko i nie tak wcale drogo, jak niektórzy myślą. I co najlepsze, zawsze dobrze smakują – ze wszystkim! Jestem ich wielką fanką, choć zostałam nią dość późno. Teraz w zamrażarce mam trzy opakowania krewetek (różnych wielkości). Dobrze mieć je pod ręką 😉
Karnawał to radosny, pełen przyjemności czas. Rozpoczęłam go więc przyjemnym obiadem – krewetkami w cytrynowo-imbirowej  marynacie podane z klasycznym risotto bianco. Mmm 🙂 Wyglądały i pachniały bajecznie, smakowały jeszcze lepiej.

Continue reading

0
Share

Wieki mnie tu nie było. Najpierw wakacyjnie pochłonęła mnie Sycylia,
a po powrocie – szarość życia codziennego. Chwilowa przerwa w trenowaniu pozwoliła na oddanie się przyjemnościom, na które w ciągu ostatniego roku nie specjalnie miałam czas albo siłę. Znajomi, imprezki, kino, knajpy … takie tam 🙂 Niestety na opisywanie kuchennych igraszek nie było już czasu.
Wracając do Sycylii. Z czym ją teraz kojarzę? Z canolo (kruche rurki z kremem z ricotty), pistacjami (były wszędzie – rogaliki z pistacjami, lody, krem pistacjowy, mortadela z pistacjami, makaron z pistacjami …), mocną kawą, pizzą (oj dużo jej tu) i anchois. Miłym zaskoczeniem dla mnie były anchois w pizzy. To jasne, że rybki we włoskiej pizzy były, ale żeby w każdej?!?! No szok. Anchois były podstawowym składnikiem tak, jak pomidory, mozzarella i … natka pietruszki (tak, ta też bardzo często na pizzy występowała). Ja anchois lubię, na pizzy szczególnie. Są fajnym dodatkiem do wielu innych dań. Dodatkiem. A gdyby zagrały pierwsze skrzypce? Po powrocie z włoskich wakacji, dla podtrzymania sycylijskiego klimatu, przygotowałam obiad z anchois w roli głównej – makaron. Zaskoczył 🙂 To zdecydowanie propozycja dla tych, co lubią konkretny smak 😉

Continue reading

0
Share

Hummus jest daniem, które uwielbiam. Do niedawna nie miałam pomysłu na spożycie go w inny sposób niż na kanapce czy jako dip do świeżych warzyw. Nie czułam zresztą potrzeby konsumowania go w inny sposób. Lubię go tak bardzo, że mogłabym go jeść tak po prostu łyżeczką. Jakiś czas temu, w trakcie jednego z tych dni, kiedy to siedziałam w pracy bez przygotowanego wcześniej jedzenia, udałam się do pobliskiej, wegańskiej knajpki. Nie chcą kupować po raz kolejny wegańskiego sushi (choć je bardzo lubię), a chcąc wypróbować coś nowego, skusiłam się na tajemniczo i zachęcająco brzmiące ‘pudełko pyszności’. Nazwa, jak się okazało, nie była przypadkowa. Pudełko rzeczywiście było pudełkiem 🙂 A w nim rzeczywiście były zdrowe pyszności – kuskus z sałatką, falafelem i hummusem. Mniam. Było dużo i pysznie. Od tamtej pory wiem, że hummus jako dodatek np. do kaszy pasuje bardzo dobrze. W domu spróbowałam połączyć go z makaronem. Wyszło nieźle 🙂

Continue reading

0
Share

Zaczynam dostrzegać wszechstronność bobu. Dotąd pasował mi do niewielu rzeczy. Ich lista sukcesywnie się poszerza. Teraz poszerzyła się o krewetki. Tak, bób i krewetki to całkiem dobrana para. I jakże mocno białkowa 🙂 Do tego ulubiony makaron i mamy pyszny, potreningowy posiłek węglowodanowo-białkowy. Przygotowanie wymaga jedynie kilkunastu minut uwagi, więc praktycznie prosto z rowerowego siodła można przesiąść się od razu na krzesło przy stole. Pyk pyk i gotowe.

Continue reading

0
Share

Uwielbiam ten okres. Są szparagi, truskawki, pomidory coraz smaczniejsze. Można jeść lody, pływać w jeziorze, a wychodząc z basenu nie martwić się o niedosuszone włosy. Dni są długie, a noce całkiem ciepłe.
Z racji wolnego dnia mogłam pozwolić sobie na przyrządzenie obiadu i skonsumowanie go na świeżo, a nie odgrzewanego w pojemniku w mikrofalówce. Na talerzu się zazieleniło od szparagów, bobu i pachnącej  mięty.

Składniki (na 3-4 porcje):

  • 200 g ryżu (np. Arborio)
  • 100 ml białego wina (można pominąć)
  • 2 szalotki
  • 1 ząbek czosnku
  • 2-3 łodygi selera naciowego
  • 1 łyżka oleju masła
  • 800 ml bulionu warzywnego
  • 10 zielonych szparagów (główki odciąć, pozostałą część pokroić na ok. 1 cm kawałki)
  • 1 szklanka bobu
  • 3 łyżki startego grana padano
  • sól, pieprz
  • garść posiekanych liści świeżej mięty

Continue reading

0
Share

Jestem głodomorem, ładniej mówiąc smakoszem. Po prostu czerpię ogromną przyjemność z jedzenia. Nie każdy jednak tak ma. Dla niektórych jedzenie to przykra konieczność. Spożywają pokarm jedynie dla energii. Gorzej jak nie. W takich przypadkach pomocna może być prezencja potrawy. Wiadomo, że również oczy jedzą. Gdy coś apetycznie wygląda, to łatwiej po to sięgnąć. W moim przypadku trudno się wtedy powstrzymać przed jedzeniem nawet, gdy jestem już najedzona. Eh, co począć? 😉
Choć nie przepadam za kolorem różowym to buraczane naleśniki niezwykle pobudzają moje oczy a przez to i apetyt. Od dawna planowałam dodać sok buraczany do ciasta naleśnikowego. Ile to już razy specjalnie pod ten pomysł kupowałam buteleczkę soku. Zawsze jednak jej zawartość tuż przed końcem daty ważności lądowała w moim żołądku? Któregoś dnia wlałam ją (wreszcie) do mleka i mąki. Ciemno bordowy kolor złamał się nagle w soczysty róż. Pięknie 🙂 Smak buraków jest wyczuwalny, ale niezbyt mocno. Zdecydowanie pasuje tu wytrawny farsz, najlepiej zdrowy i ładnie kontrastujący z barwą ciasta. Padło na wędzonego łososia, delikatny, kremowy serek, rukolę i charakterystyczną rzodkiewkę. Wszystko świetnie się komponuje. Takie naleśniki serwuję sobie jako danie główne np. po jednym z treningów. A gdy z obiadu trochę zostaje, pakuję do pudełka i zabieram do pracy jako przekąskę… i zjadam szybko i po kryjomu, żeby zapach ryby nie rozwścieczył korpoludków 😉

Continue reading

0
Share

Gorgonzola jest jednym z niewielu serów, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Odłożyłam jednak na bok swoje uprzedzenia i na specjalne życzenie Ukochanego zakupiłam opakowanie ‘śmierdziucha’. Czego się nie robi z miłości 😉 Postanowiłam połączyć ser z czymś, co lubię, by łatwiej znieść jego obecność. Pojawił się więc makaron (wiadomo 🙂 ), suszone pomidory i polędwiczka wieprzowa. Gorgonzola połączona ze śmietanką stworzyła delikatny, kremowy sos, który świetnie komponował się z mięsem i suszonymi pomidorami. Przyznam, że danie pozytywnie mnie zaskoczyło. Do tego stopnia, że tego samego dnia zrobiłam kolejną porcję przeznaczoną do pracy. Gorgonzola pokazała się z lepszej strony, a tym samym wyskoczyła z listy nielubianych produktów.

Continue reading

0
Share

Z końcem tygodnia (roboczego) zaobserwowałam masowe planowanie lepienia pierogów. To pewnie, poza rosołem i kotletem  schabowym, najczęstszy wyrób weekendowych prac kuchennych. Nic dziwnego. Pierogów nie da się ulepić od tak w pięć minut. Wymaga to od nas nieco więcej czasu i skupienia. Nie wystarczy zamieszać od czasu do czasu, przy jednoczesnym robieniu np. prania. Trzeba w tej kuchni stanąć i tak stać i lepić, aż ulepi się tyle pierogów, by starczyło na obiad i pewnie jeszcze kilka kolejnych 😉 Osobiście lubię lepić pierogi, ale unikam robienia ich na zapas. I nie tylko dlatego, że po godzinie lepienia mi się odechciewa, ale też dlatego, że nie chcę trzy dni z rzędu jeść tego samego, a w zamrażarce po prostu nie ma miejsca.
Jednymi z moich ulubionych pierogów są te z łososiem z dodatkiem wyczuwalnej skórki cytrynowej i pomarańczowej. Dla mnie to idealna potrawa na weekend. Mam wreszcie czas na jej przygotowanie, a poza tym zawiera składnik, który obiecałam sobie, że będę jadała w weekendy – rybę. W pierogach też się liczy 😉

Continue reading

0
Share