Jestem słodyczożercą. Od pewnego czasu jednak tylko weekendowym 😉 Postanowiłam raczyć się słodyczami tylko w jeden dzień w tygodniu, najczęściej weekendowy. Trudno bowiem wyjść z niedzielnego obiadu u rodziny bez zjedzenia kawałka ciasta albo zignorować cudne desery w menu ulubionej restauracji. Kiedyś nie zwracałam szczególnej uwagi na propozycje deserów. Danie główne było zwykle porcją, która uniemożliwiała dalszą konsumpcję. Po chwili przerwy i kilku łykach wina pomagającego w trawieniu, można skusić się na małe co nieco. Warto. To co oferują modne bistra i restauracje jest nieziemskie. Dla osób, które dotąd raczyły się jedynie ciastem drożdżowym z owocami, lodami czy pączkami z marmoladą połączenia w restauracyjnych deserach mogą być zaskakujące. Myślę, że zaskakujące pozytywnie. Sięgam po te desery z wielką ciekawością. Póki co najmocniej w pamięci utkwił mi deser z restauracji ‘Brylantowa 16’. Po pysznym makaronie nie zamówiłam deseru, ale udało mi się skubnąć odrobinę od towarzyszy kolacji. Było to coś niesamowitego – crumble rabarbarowe z angielskim sosem miętowym. Najpyszniejsza słodka rzecz, jaką jadłam. Od tamtej chwili nie ignoruję deserów wypisanych w kartach menu 😉 Niedawne wyjście do ‘RAGU Pracownia Makaronu’ (polecam!) wzbogaciło moje kulinarne doświadczenia o kolejną słodką pozycję – cytrynowy krem z białą czekoladą i borówkami. Deser był bardzo delikatny, kremowy i kwaskowaty. Ponadto dzięki swojej niezwięzłej formie był łatwy do zjedzenia nawet po obfitym posiłku. Zainspirował mnie do przyrządzenia czegoś podobnego w domu. I tak powstał mój  c h a ł w o w y   k r e m   z   l e ś n y m i   o w o c a m i. Spróbujcie!

Continue reading

0
Share

Ciągle mówimy, że nie mamy na nic czasu. A potem dochodzą nowe zajęcia i jakoś ten czas się znajduje. Prawdą jest, że im więcej mamy obowiązków, tym lepiej się organizujemy. Pod warunkiem oczywiście, że chwilę się zastanowimy i odpowiednio zaplanujemy wszystkie czynności. Wieczorem pakuję torbę sportową, torebkę, planuję ubiór, gotuję obiad na następny dzień, umieszczam go w pudełkach i obmyślam pozostałe posiłki. W końcu wychodzę na cały dzień. Jeśli w ciągu dnia między zajęciami pojawia mi się ‘okienko’, wypełniam je np. małymi zakupami (jakieś brakujące składniki do posiłku na kolejny dzień), wizytą u mamy czy dawno niewidzianej koleżanki. Szybka kawka i lecę dalej 😉 Planowanie pomaga zaoszczędzić czas i wykorzystać go pożytecznie. Już od jakiegoś czasu nawet w sobotnie poranki nie mogę sobie pozwolić na spontaniczność i błogi stan lenistwa. O 7 rano jadę na trening rowerowy. Dzięki temu, że pakuję się wieczorem, rano nie muszę wstawać specjalnie wcześnie, by to zrobić. Nie muszę też myć włosów i się malować. W końcu za chwilę będę cała mokra … od potu. Jedyne co muszę zrobić to śniadanie. Bez tego ani rusz. Przed treningiem (zwłaszcza tak wyczerpującym, jak ten) pożywne śniadanie to konieczność. Serwuję sobie wtedy owsiankę lub ryż z bakaliami lub owocami. Tu też mogę zaoszczędzić trochę czasu, szykując dzień wcześniej składniki – rozmrażając owoce, siekając orzechy czy, jak w przypadku dzisiejszej propozycji śniadaniowej, namaczając nasiona chia. Dzięki temu zaoszczędzam czas wtedy, kiedy szczególnie mi na nim zależy. W sobotni poranek lepiej jest spędzić dodatkowe 10 czy 15 minut w łóżku niż przy kuchennym blacie 😉

Continue reading

0
Share

Z końcem tygodnia (roboczego) zaobserwowałam masowe planowanie lepienia pierogów. To pewnie, poza rosołem i kotletem  schabowym, najczęstszy wyrób weekendowych prac kuchennych. Nic dziwnego. Pierogów nie da się ulepić od tak w pięć minut. Wymaga to od nas nieco więcej czasu i skupienia. Nie wystarczy zamieszać od czasu do czasu, przy jednoczesnym robieniu np. prania. Trzeba w tej kuchni stanąć i tak stać i lepić, aż ulepi się tyle pierogów, by starczyło na obiad i pewnie jeszcze kilka kolejnych 😉 Osobiście lubię lepić pierogi, ale unikam robienia ich na zapas. I nie tylko dlatego, że po godzinie lepienia mi się odechciewa, ale też dlatego, że nie chcę trzy dni z rzędu jeść tego samego, a w zamrażarce po prostu nie ma miejsca.
Jednymi z moich ulubionych pierogów są te z łososiem z dodatkiem wyczuwalnej skórki cytrynowej i pomarańczowej. Dla mnie to idealna potrawa na weekend. Mam wreszcie czas na jej przygotowanie, a poza tym zawiera składnik, który obiecałam sobie, że będę jadała w weekendy – rybę. W pierogach też się liczy 😉

Continue reading

0
Share

20170108_112527Uf nareszcie czuję się lepiej. Po kilku dniach leżenia w łóżku poczułam w końcu, że jest dobrze i mogę wrócić do ‘normalności’. W trakcie tych dni zrozumiałam, że nie łatwo jest nic nie robić. Nuda i brak aktywności. Nie, nie, nie chcę tak dłużej. Dziś ubrałam buty i wyszłam. Co prawda jeszcze nie biegać 😉 Wyszłam na spacer z … łyżwiarskim akcentem. W mojej mieścinie nie ma sztucznych ślizgawek do jazdy, ale dzięki ostrym mrozom, tych naturalnych ślizgawek nie brakuje. Rozsądek trzymał mnie jednak z daleka od stawu, ale na jazdę w zamarzniętym rowie pozwolił 🙂 Pierwsze od dawana łyżwiarskie kroki sprawiły mi wiele radości. Widowni pewnie też – nie najlepsza ze mnie łyżwiarka 😉
Spacer do wyjątkowo długich nie należał. Marzły dłonie i stopy, a nawet aparat fotograficzny. Ja ogrzałam się w domu, pijąc pyszną, gorącą czekoladę. Aparatowi to nie pomogło. Mróz najwyraźniej go zabił. Zostaje mi teraz aparat w telefonie.
A co do gorącej czekolady … Robi się ją w mgnieniu oka. Jest wyjątkowo gęsta i intensywna. Dla mnie idealna. Dla mojego Ukochanego chyba też, bo przy okazji późniejszych zakupów przyniósł do domu kolejną tabliczkę gorzkiej czekolady 😉
Continue reading

0
Share

Chorowanie w ogóle nie jest fajne. Niby siedzi się, a w zasadzie leży, w domu, śpi się kiedy chce i ile się chce, ale nijak się to ma do przyjemnego leniuchowania. Przyjemne jest jedynie to, że ktoś o ciebie dba 🙂 Przynosi smakowite rzeczy, podaje soczek i głaszcze zbolałą, gorącą głowę i w ogóle jest jeszcze bardziej kochany. Widzę jeszcze jeden plus przymusowego siedzenia w domu – spokojnie można przygotować i zjeść nie byle jakie śniadanie 🙂 Przyrządziłam więc sobie niesamowicie aromatyczną, iście zimową jaglankę piernikową ze smażonymi śliwkami z syropem klonowym i intensywną, gorzką czekoladą. Aaaale pachniało. Smakowało jeszcze lepiej. Jutro wolny, świąteczny dzień – może spróbujecie? 😉

Continue reading

0
Share

Jak się okazuje, dynia może uratować nie jedną sytuację. Dzień po świętach napoczęłam zawsze obecną w mojej kuchni dynię piżmową. Zaraz po tym udałam się na kilkudniowy wyjazd sylwestrowo-noworoczny (w poszukiwaniu prawdziwej zimy). Nie zdołałam wykorzystać całej dyni. Pozostawiłam ją, jak sądziłam, na zmarnowanie. Po powrocie zastałam ją jednak jędrną i gotową do użycia. Świetnie się składało. Lodówka w związku ze świętami i wyjazdem świeciła pustkami. Znaleźć w niej można było naprawdę niewiele. Powrót w Nowy Rok i chęć przyrządzenia obiadu i kolacji (tym bardziej obiadu do pracy na następny dzień) stały się problemem. W takich sytuacjach zachodzi konieczność zrobienia ‘czegoś z niczego’. Obiad pięknie wyszedł z porcji suszonych grzybów, otrzymanych w prezencie przed świętami oraz resztki mrożonej fasolki połączonej z gotowaną kaszą. W kolacji zaś pierwsze skrzypce zagrała dynia, która przetrwała kilkudniowe pozostawienie w lodówce. Upieczona zawsze smakuje pysznie. Nadaje się wtedy do makaronu, kaszy, ryżu czy sałatki. A jeśli już o sałatce mowa, to ostatnio moim faworytem jest sałatka właśnie z pieczoną dynią, porcją zieleniny, sera i nasion lub orzechów. Polecam!

Continue reading

0
Share