Nigdy nie byłam fanką bobu. Może dlatego, że kojarzył mi się (może nadal kojarzy) ze zdziadziałym gościem w przepoconym podkoszulku siedzącym przed tv i wcinającym bób prosto z michy (tu przepraszam tych, którzy jedzą bób prosto z michy przed tv). A może dlatego, że bób sam w sobie jest dość mdły. Lubię go za to w towarzystwie np. mięty albo boczku. Dania z jego dodatkiem nabierają ciekawego smaku i oryginalności. Stąd, odkąd nastał na niego sezon, często ląduje na moim talerzu. Najczęściej w połączeniu z makaronem (wiadomo 😉 ). Idealnie komponuje się z podsmażonym boczkiem, suszonymi pomidorami i kremowym mascarpone. Mmmmniam 🙂

Continue reading

0
Share

Z pierwsz13523871_1089312111115612_890278725_oym dniem lata przyszły pierwsze prawdziwe upały. I dobrze, nic tym dziwnego. Prawidłowo nawet 🙂 Nie łatwo jednak wytrzymać w mieście, gdy temperatura utrzymuje się w okolicach 30°C. Całe szczęście, że w pracy jest (i działa) klima, a pod pracą sprzedają pyyyyyszne lody (Kulka – polecam!). Niestety, dziwnie i niedorzecznie to zabrzmi, poza praca już nie jest tak dobrze. Droga do domu jest długa i zakorkowana. Zamiast przyjemnego wiatru we włosach czuć jedynie żar lejący się z nieba i smród spalin. W domu przyjemniej – spokojnie i nie śmierdzi. Upał nie jest mniejszy, ale jakoś łatwiej go znieść w podwrocławskim miasteczku niż w zatłoczonym, dużym mieście. O porządną lodziarnię tu trudno. Ale nie szkodzi, poradzić sobie można bez niej. W zaciszu własnej kuchni przygotować można coś dla ochłody, coś przyjemnie orzeźwiającego, np. domową lemoniadę z arbuza z dodatkiem mięty. Niesamowita!

Continue reading

0
Share

Czas przed zawodami (Triathlon Mietków) był nerwowy. Targały mną emocje – stres i ekscytacja zarazem. Podczas zawodów było już tylko pozytywne podniecenie. Wiadomo – była też adrenalina i odrobina presji. Oczywistym założeniem było, że zawody miałam ukończyć szybciej niż w zeszłym roku, co przy zeszłorocznych 3 godz. 18 min. nie było takie trudne. Limit jednak, jaki sama sobie nałożyłam (3 godziny) nie był już taki łatwy do osiągnięcia. Ale, ale … udało się! 2 godz. 58 min – jupi! 🙂 Na każdym etapie zawodów sama siebie zaskakiwałam. Z wody wyszłam 2 minuty szybciej niż zakładałam, co już na starcie naładowało mnie pozytywnymi, dużymi emocjami. Na rowerze też szło mi nieźle. Jak to mówią – ‘łydka podawała’ 🙂 Strach, który często towarzyszy mi przy zjazdach, tym razem się nie pojawił. Cisnęłam ile się dało. Dodatkowo na plecach czułam oddech koleżanki z teamu, z którą po cichu rywalizowałam (tak, tak Karola 😉 ). To dodatkowo mnie motywowało. Nie chciałam pozwolić się dogonić. Szybka zmiana, odstawienie roweru, przebranie butów i sruuu na traskę. I tu już nie było tak kolorowo. Trasa była ciężka, kilka długich podbiegów, a nawet bieg po schodach (2 razy!). Już samo bieganie po zejściu z roweru jest wyjątkowo niekomfortowe i ciężkie, a co dopiero na takim terenie. Trudne jest kontrolowanie tempa zwłaszcza, gdy kilometry na trasie nie są oznaczone. Pojawiło się kilka kryzysów, ale doping zrobił swoje. Oklaski i wykrzykiwane motywacyjne hasła znajomych i nieznajomych dodawały siły. Biegłam, ciągle biegłam. W momencie, gdy już czułam totalny brak siły, zerknęłam za zeS0035141garek i stwierdziłam, że nie jest źle. Jest szansa, żeby ukończyć bieg w takim czasie, w jakim zwykle przebiegam taki dystans, ale bez uprzedniego pływania i jazdy na rowerze. Musiałam przyspieszyć. Yhm, nie wiem jak i skąd, ale wykrzesałam z siebie dodatkowe siły i przyspieszyłam, mocno przyspieszyłam. Wbiegłam na metę tuż przed 3 godziną zawodów! Superrrr! Dla mnie to ogromny sukces.
Od zawodów minął już tydzień. Dzięki nim jestem tak nakręcona, że usiedzieć nie mogę. I dobrze, bo choć z wyniku jestem zadowolona, to muszę nad sobą pracować. Widzę, gdzie trzeba i gdzie można coś poprawić. Bieganie trzeba mocno poprawić. I stąd lektura … Runner’s World 🙂 I stąd dzisiejsza kolacja – SZPARAGI. To idealne warzywo dla biegaczy. Zawierają witaminę K (pół pęczka zaspokaja 100% zapotrzebowania na tę witaminę), kwas foliowy, potas, białko, żelazo i witaminę C. Są pyszne i proste do przyrządzenia. Jedzmy i biegajmy! 🙂

Continue reading

0
Share

Przede mną ważny dzień – dzień pierwszego w tym roku startu w triathlonie. Już za kilka godzin będę stała na plaży Zalewu Mietkowskiego odziana w ciasną piankę i w dużych emocjach oczekująca wystrzału oznaczającego start. Jakieś 20 min. (950 m) walki z wodą i kończynami rywali, potem kilkuset metrowy dobieg na bosaka po asfalcie, szybkie (mam nadzieję) przebranie się i zgarnięcie roweru i 45 km pedałowania. A potem to już tylko 10,5 km biegu … ‘tylko’ … i to z dwoma podbiegami po schodach (!). Jacie, to będzie dzień. Tyle emocji, energii i tyle potu 😉
Wiadomo, że przy uprawianiu sportu istotną kwestią jest żywienie. Przy zawodach tym bardziej. Na kilka dni przed startem (ok. 3 dni) należy zwiększyć ilość przyjmowanych węglowodanów, by uzupełnić zapasy glikogenu (ile się da), z którego organizm będzie korzystał podczas zawodów. ‘Carbo-loading’ to sama przyjemność. Makaron, pizza, naleśniki … bez większych ograniczeń i bez wyrzutów sumienia 😉 Trzeba jednak uważać, by nie zafundować sobie niestrawności i, ogólnie mówiąc, rozstrojenia. Najlepiej wtedy jeść sprawdzone potrawy przyrządzone z dobrej jakości produktów. Na dzisiejszy obiad (sobota – dzień przed startem), w ramach ‘pasta party’, zaplanowałam makaron z sosem pomidorowym, przygotowanym od podstaw (nie z puszki czy słoika) według włoskiej receptury. Sos pomidorowy to niby taka banalna sprawa. By wyszedł on naprawdę dobry, nie wystarczy podgrzać pomidorów z puszki i zasypać suszoną bazylią z czosnkiem. Warto poświecić mu nieco więcej uwagi i czasu. Wychodzi pyszny, gdy przyrządzimy go z dojrzałych pomidorów, świeżej bazylii, cebuli i aromatycznego czosnku smażonego na oliwie. Mmmm do takiego sosu nie potrzeba niczego więcej. No poza makaronem i parmezanem oczywiście 😉

Continue reading

0
Share

Niedziela minęła mi niezwykle aktywnie. Około południa miałam za sobą treningową zakładkę (35 km na szosie, 5 km biegu), a w nogach  jeszcze wczorajszy Bieg o Puchar Burmistrza Siechnic (10 km). Wszystko to w meeega słońcu i przy wysokiej temperaturze. Za tydzień bowiem (ajajaj to już tylko tydzień) odbędzie się mój pierwszy w tym sezonie start w triathlonie na dystansie 1/4 IM. Tę samą imprezę z zeszłego roku wspominam z wielkim sentymentem. To był mój pierwszy triathlon i od razu w niełatwych warunkach. Było nadzwyczaj gorąco i duszno. Żar płynął z nieba. Na tegoroczną edycję czekałam cały rok – pełna radości i sportowego podniecenia 🙂 Zupełnie zapomniałam już jak wtedy było ciężko. Do wczoraj … Oprzytomniałam, gdy przemierzałam biegiem kolejne kilometry wczorajszej imprezy biegowej, jak i dzisiejszego treningu. W krytycznych momentach przychodziły do głowy myśli “po co ja to robię”, “to przecież w ogóle nie jest przyjemne”, “a mogłabym teraz nic nie robić”. Oj złe to myśli 😉 Na szczęście wszystkie treningi kończą się wielką satysfakcją i poczuciem spełnienia. Nagroda za wysiłek jest wystarczająco duża, by zapomnieć o bólu i nieprzyjemnościach z chwil wcześniej. A razem z tą wielką satysfakcją przychodzi wielki głód 🙂 Oczywiście istotnym jest to, co w takiej sytuacji, ten głód ma zaspokoić. Najlepiej duża porcja białka i witamin czyli np.  s t e k   z   w a  r z y w a m i. Czyż to nie idealny, niedzielny obiad? Zadowoli nawet wiernego fana schabowego z ziemniakami 😉

Continue reading

0
Share