Że bez śniadania nie powinno się wychodzić z domu każdy wie. Jednak czy przy dzisiejszym pośpiechu i porannym lenistwie, śniadanie jest tym, o czym myślimy zaraz  po przebudzeniu? Jeśli głodowaliśmy cały poprzedni dzień, to jasne że tak. Ale nie mówmy o ekstremalnych sytuacjach.

Porządne śniadanie jest bardzo ważne. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Niestety nie karmię nim swego ciała zaraz po przebudzeniu. Wychodzę z domu  bogatsza jedynie o kilka łyków kawy. Śniadanie zjadam jednak od razu po przyjściu do pracy. I mimo niezbyt stosownego i komfortowego miejsca na poranny posiłek, to staram się by był on pożywny, pełnowartościowy i smaczny. I nawet w pracy może taki być. I wcale nie trudno go przygotować. W domu wsypuję sobie do woreczka lub pojemnika płatki owsiane [lub inne], trochę nasion i suszonych owoców. W pracy przekładam do miseczki, zalewam mlekiem i podgrzewam w mikrofalówce. I voilà, pyszne śniadanie gotowe.

składniki:

  • 5 łyżek płatków owsianych [jaglanych lub jęczmiennych]
  • 1/2 szklanki mleka
  • szczypta cynamonu
  • łyżka posiekanych migdałów [lub innych orzechów czy nasion]
  • łyżka suszonej żurawiny [lub innych suszonych owoców]
  • 5 świeżych, pokrojonych moreli [lub inne świeże owoce]

Płatki zalać mlekiem i zagotować (na kuchence lub w mikrofalówce). Wsypać orzechy, cynamon, suszone i świeże owoce. Zajadać ze smakiem 🙂

0
Share

Widok porzeczek, a tym bardziej ich smak, momentalnie przenosi moje myśli do dziecięcych lat, kiedy to letnie popołudnia spędzałam z bratem i rodzicami na działce. Dziarsko pomagałam w zbieraniu plonów uprawianego kawałka wrocławskiej ziemi. Nie twierdzę, że przyjemnym dla dziesięcioletniego dziecka było zrywanie w pozycji niemal klęczącej rozpadających się truskawek. Tym bardziej ranienie sobie dłoni podczas zrywania agrestu z gałązek pełnych kolców. Ale możliwość podjadania zbieranych owoców, zwłaszcza dla łakomczucha jakim zawsze byłam, była świetną wówczas rekompensatą, a dziś jest niezwykle przyjemnym wspomnieniem. Zjadanie owoców prosto z krzaczka, mniam. Truskawki, wiśnie, śliwki i brzoskwinie były niesamowicie dobre. Soczyste, pachnące i pełne tego właściwego smaku. Agrest i porzeczki nie cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem. Kwaśny smak nie był wówczas przeze mnie pożądany. Nawet przetwory rodziców, choć mocno dosładzane, stały na piwnicznej półce miesiącami (w tym czasie dżemy z truskawek i wiśni sukcesywnie znikały).

Dziś nie traktuję porzeczek z taką ignorancją. Bardzo chętnie kupuję je u przyrożnych sprzedawców i przejmuję nadmiar działkowych owoców od znajomych. A co z nimi robię? Ciasto! 🙂 I to ciasto chcę Wam dziś gorąco polecić. Jest niesamowite. Kruche, lecz nietwarde ciasto, soczyste, kwaskowate nadzienie i słodka, chrupiąca beza. To chyba jedyne ciasto, które upiekłam tyle razy w ciągu kilku tygodni, i które zdarzyło mi się ponownie upiec zaraz po tym, jak zjedzony został ostatni kęs poprzedniej porcji. Sami spróbujcie!
Continue reading

0
Share