3

Z pierwsz13523871_1089312111115612_890278725_oym dniem lata przyszły pierwsze prawdziwe upały. I dobrze, nic tym dziwnego. Prawidłowo nawet :) Nie łatwo jednak wytrzymać w mieście, gdy temperatura utrzymuje się w okolicach 30°C. Całe szczęście, że w pracy jest (i działa) klima, a pod pracą sprzedają pyyyyyszne lody (Kulka – polecam!). Niestety, dziwnie i niedorzecznie to zabrzmi, poza praca już nie jest tak dobrze. Droga do domu jest długa i zakorkowana. Zamiast przyjemnego wiatru we włosach czuć jedynie żar lejący się z nieba i smród spalin. W domu przyjemniej – spokojnie i nie śmierdzi. Upał nie jest mniejszy, ale jakoś łatwiej go znieść w podwrocławskim miasteczku niż w zatłoczonym, dużym mieście. O porządną lodziarnię tu trudno. Ale nie szkodzi, poradzić sobie można bez niej. W zaciszu własnej kuchni przygotować można coś dla ochłody, coś przyjemnie orzeźwiającego, np. domową lemoniadę z arbuza z dodatkiem mięty. Niesamowita!

Kontynuuj

0
Udostępnij
1

Czas przed zawodami (Triathlon Mietków) był nerwowy. Targały mną emocje – stres i ekscytacja zarazem. Podczas zawodów było już tylko pozytywne podniecenie. Wiadomo – była też adrenalina i odrobina presji. Oczywistym założeniem było, że zawody miałam ukończyć szybciej niż w zeszłym roku, co przy zeszłorocznych 3 godz. 18 min. nie było takie trudne. Limit jednak, jaki sama sobie nałożyłam (3 godziny) nie był już taki łatwy do osiągnięcia. Ale, ale … udało się! 2 godz. 58 min – jupi! :) Na każdym etapie zawodów sama siebie zaskakiwałam. Z wody wyszłam 2 minuty szybciej niż zakładałam, co już na starcie naładowało mnie pozytywnymi, dużymi emocjami. Na rowerze też szło mi nieźle. Jak to mówią – ‚łydka podawała’ :) Strach, który często towarzyszy mi przy zjazdach, tym razem się nie pojawił. Cisnęłam ile się dało. Dodatkowo na plecach czułam oddech koleżanki z teamu, z którą po cichu rywalizowałam (tak, tak Karola 😉 ). To dodatkowo mnie motywowało. Nie chciałam pozwolić się dogonić. Szybka zmiana, odstawienie roweru, przebranie butów i sruuu na traskę. I tu już nie było tak kolorowo. Trasa była ciężka, kilka długich podbiegów, a nawet bieg po schodach (2 razy!). Już samo bieganie po zejściu z roweru jest wyjątkowo niekomfortowe i ciężkie, a co dopiero na takim terenie. Trudne jest kontrolowanie tempa zwłaszcza, gdy kilometry na trasie nie są oznaczone. Pojawiło się kilka kryzysów, ale doping zrobił swoje. Oklaski i wykrzykiwane motywacyjne hasła znajomych i nieznajomych dodawały siły. Biegłam, ciągle biegłam. W momencie, gdy już czułam totalny brak siły, zerknęłam za zeS0035141garek i stwierdziłam, że nie jest źle. Jest szansa, żeby ukończyć bieg w takim czasie, w jakim zwykle przebiegam taki dystans, ale bez uprzedniego pływania i jazdy na rowerze. Musiałam przyspieszyć. Yhm, nie wiem jak i skąd, ale wykrzesałam z siebie dodatkowe siły i przyspieszyłam, mocno przyspieszyłam. Wbiegłam na metę tuż przed 3 godziną zawodów! Superrrr! Dla mnie to ogromny sukces.
Od zawodów minął już tydzień. Dzięki nim jestem tak nakręcona, że usiedzieć nie mogę. I dobrze, bo choć z wyniku jestem zadowolona, to muszę nad sobą pracować. Widzę, gdzie trzeba i gdzie można coś poprawić. Bieganie trzeba mocno poprawić. I stąd lektura … Runner’s World :) I stąd dzisiejsza kolacja – SZPARAGI. To idealne warzywo dla biegaczy. Zawierają witaminę K (pół pęczka zaspokaja 100% zapotrzebowania na tę witaminę), kwas foliowy, potas, białko, żelazo i witaminę C. Są pyszne i proste do przyrządzenia. Jedzmy i biegajmy! :)

Kontynuuj

0
Udostępnij
2

Przede mną ważny dzień – dzień pierwszego w tym roku startu w triathlonie. Już za kilka godzin będę stała na plaży Zalewu Mietkowskiego odziana w ciasną piankę i w dużych emocjach oczekująca wystrzału oznaczającego start. Jakieś 20 min. (950 m) walki z wodą i kończynami rywali, potem kilkuset metrowy dobieg na bosaka po asfalcie, szybkie (mam nadzieję) przebranie się i zgarnięcie roweru i 45 km pedałowania. A potem to już tylko 10,5 km biegu … ‚tylko’ … i to z dwoma podbiegami po schodach (!). Jacie, to będzie dzień. Tyle emocji, energii i tyle potu 😉
Wiadomo, że przy uprawianiu sportu istotną kwestią jest żywienie. Przy zawodach tym bardziej. Na kilka dni przed startem (ok. 3 dni) należy zwiększyć ilość przyjmowanych węglowodanów, by uzupełnić zapasy glikogenu (ile się da), z którego organizm będzie korzystał podczas zawodów. ‚Carbo-loading’ to sama przyjemność. Makaron, pizza, naleśniki … bez większych ograniczeń i bez wyrzutów sumienia 😉 Trzeba jednak uważać, by nie zafundować sobie niestrawności i, ogólnie mówiąc, rozstrojenia. Najlepiej wtedy jeść sprawdzone potrawy przyrządzone z dobrej jakości produktów. Na dzisiejszy obiad (sobota – dzień przed startem), w ramach ‚pasta party’, zaplanowałam makaron z sosem pomidorowym, przygotowanym od podstaw (nie z puszki czy słoika) według włoskiej receptury. Sos pomidorowy to niby taka banalna sprawa. By wyszedł on naprawdę dobry, nie wystarczy podgrzać pomidorów z puszki i zasypać suszoną bazylią z czosnkiem. Warto poświecić mu nieco więcej uwagi i czasu. Wychodzi pyszny, gdy przyrządzimy go z dojrzałych pomidorów, świeżej bazylii, cebuli i aromatycznego czosnku smażonego na oliwie. Mmmm do takiego sosu nie potrzeba niczego więcej. No poza makaronem i parmezanem oczywiście 😉

Kontynuuj

0
Udostępnij
S0013196

Niedziela minęła mi niezwykle aktywnie. Około południa miałam za sobą treningową zakładkę (35 km na szosie, 5 km biegu), a w nogach  jeszcze wczorajszy Bieg o Puchar Burmistrza Siechnic (10 km). Wszystko to w meeega słońcu i przy wysokiej temperaturze. Za tydzień bowiem (ajajaj to już tylko tydzień) odbędzie się mój pierwszy w tym sezonie start w triathlonie na dystansie 1/4 IM. Tę samą imprezę z zeszłego roku wspominam z wielkim sentymentem. To był mój pierwszy triathlon i od razu w niełatwych warunkach. Było nadzwyczaj gorąco i duszno. Żar płynął z nieba. Na tegoroczną edycję czekałam cały rok – pełna radości i sportowego podniecenia :) Zupełnie zapomniałam już jak wtedy było ciężko. Do wczoraj … Oprzytomniałam, gdy przemierzałam biegiem kolejne kilometry wczorajszej imprezy biegowej, jak i dzisiejszego treningu. W krytycznych momentach przychodziły do głowy myśli „po co ja to robię”, „to przecież w ogóle nie jest przyjemne”, „a mogłabym teraz nic nie robić”. Oj złe to myśli 😉 Na szczęście wszystkie treningi kończą się wielką satysfakcją i poczuciem spełnienia. Nagroda za wysiłek jest wystarczająco duża, by zapomnieć o bólu i nieprzyjemnościach z chwil wcześniej. A razem z tą wielką satysfakcją przychodzi wielki głód :) Oczywiście istotnym jest to, co w takiej sytuacji, ten głód ma zaspokoić. Najlepiej duża porcja białka i witamin czyli np.  s t e k   z   w a  r z y w a m i. Czyż to nie idealny, niedzielny obiad? Zadowoli nawet wiernego fana schabowego z ziemniakami 😉

Kontynuuj

0
Udostępnij
1

Wiosna jest moją ulubioną porą roku, a maj ukochanym miesiącem. I niekoniecznie dlatego, że przypadają wtedy moje urodziny ;), ale w tym czasie jest po prostu pięknie. Wieczory są ciepłe, dni nawet upalne i jest cuuudownie zielono. Nareszcie :) Choć to sezon na szparagi, młode ziemniaczki, rabarbar i truskawki, a nie na cukinię, to właśnie na nią również chciałabym zwrócić uwagę. Jest łatwo dostępna, tania, niskokaloryczna, lekkostrawna i bardzo uniwersalna. Nadaje się do smażenia, duszenia, marynowania, pieczenia oraz do jedzenia na surowo. Osobiście uwielbiam ją z makaronem a także jako główny składnik kremowej zupy. I na zupę właśnie wrzucam przepis. Jest niezwykle prosta, szybka i lekka.

0
Udostępnij
S0143033

Zawsze czekam na weekend, by móc przy kuchennym bądź balkonowym stole zjeść niespiesznie pyszne śniadanie, wypić gorącą kawę i świeży sok. W ten weekend nie będzie mi to dane. Skoro świt pakuję się z moimi chłopakami w auto i mkniemy przez pół Polski po to, by w niedziele – też skoro świt – usadowić się na siodle, nogi wpiąć w pedały i przemierzyć szosą Kaszuby wzdłuż i wszerz (125 km w ramach Kaszebe Runda). Śniadanie więc zjemy tym razem w aucie na trasie. W takich warunkach chyba nic nie sprawdza się tak, jak kanapka. A ta nie musi być taka zwykła.
Całkiem niedawno za sprawą pewnego artykułu z gazety o tematyce sportowej spróbowałam skomponować kanapkę, wykorzystując do niej owoce. Użyłam gruszki, gdyż ta idealnie pasuje do sera. Otrzymałam niezwykle smaczną kanapkę z miękkim awokado, kruchą sałatą, kremowym serem camembert, winną gruszką i kilkoma kroplami gęstego i słodkiego sosu balsamicznego. Może spróbujecie?

Kontynuuj

0
Udostępnij
S0023063

Podobno przychodzi taki wiek, od którego to nie świętuje się już swoich urodzin. Ale czemu niby? To przecież cudowne święto. W sumie … najważniejsze. To właśnie w ‚ten’ dzień kilkadziesiąt lat temu przyszliśmy na świat i wszystko się zaczęło :) Każdy rok życia powinniśmy żegnać z dumą i radośnie witać kolejny nadchodzący. Życie jest piękne! Nie ma więc sensu zamartwiać się nowymi zmarszczkami czy siwiejącymi włosami. Mamy tyle lat na ile się czujemy. Żyjmy tak, jak chcemy i nie przejmujmy się metryczką.
Mój urodzinowy dzień spędziłam na relaksie i przyjemnościach. Zaczęłam od tego, że nie poszłam do pracy. A co! Wyspana zjadłam smaczne śniadanie z Ukochanym. Dałam buziaka na do widzenia (biedak, nie mógł zrobić sobie wagarów) i zaczęłam swoje sam na sam z pięknym dniem. Długi spacer z pieskiem, relaks przy książce, kawka i kilka kęsów tarty z rabarbarem, wizyta u kosmetyczki, popołudniowy jogging, uroczysta, romantyczna kolacja … Czuję się wypoczęta i dopieszczona. Spędziłam dzień tak, jak miałam ochotę. Zachęcam do organizowania sobie zwykłych przyjemności.

Jedną z moich przyjemności był też obiad. Nie mogło to być nic innego jak … makaron. Mmmmakaron :) Chciałam, żeby był lekki i prosty. S p a g h e t t i   z   c u k i n i ą   i   p o m i d o r k a m i   był strzałem w dziesiątkę. Przyrządzenie go trwa kilkanaście minut. Polecam do przygotowania zwłaszcza wtedy, gdy brakuje czasu bądź siły na sterczenie w kuchni.

Kontynuuj

0
Udostępnij
8

Dokładnie trzy tygodnie temu pełna ekscytacji rozpoczynałam majówkowy nie-wypoczynek czyli teamowy/przyjacielski wyjazd do Calpe, podczas którego miało być wszystkiego dużo: dużo słońca, śmiechu, pysznego jedzenia, rioj’y 😉 i przede wszystkim duuuużo wysiłku. I było dużo. Pięć dni morderczej walki z podjazdami i zjazdami. Tylko w górę lub w dół. Nigdy po płaskim. Ajajaj nogi piekły, tyłek przyklejał się do siodełka, a skóra nabierała kolarskiej opalenizny :)

IMG_1480 Kontynuuj

0
Udostępnij
S0018159

Warto mieć w domu świeże drożdże i mąkę, a najlepiej różne mąki. Zdarzają się bowiem takie dni (mnie ostatnio zdarzają się bardzo często), kiedy to po pracy nie ma czasu lub możliwości, by wejść do sklepu i kupić pieczywo, a rano chciałaby się zjeść smaczne kanapki. Mając mąkę i drożdże i może jeszcze kilka ziaren albo suszonych owoców, możemy sobie pieczywo upiec :) Gorąco do tego zachęcam. Własnoręcznie upieczony chleb smakuje o niebo lepiej od kupionego. Dokładnie wiemy co w nim jest i kiedy został upieczony.

Po jednym z ostatnich aktywnych dni usiadłam w kuchni przy filiżance kawy i rozkoszując się jej smakiem (i przyjemnym bólem związanym z potreningowymi ‚zakwasami’) przeczesywałam internet w poszukiwaniu przepisu na żytni chleb. Nie żebym miała akurat ochotę na jakąś kulinarną nowość. Najzwyczajniej tylko mąkę żytnią (i pszenną) miałam w domu. I znalazłam :) Do przepisu (po moich drobnych modyfikacjach) z pewnością powrócę, bo chleb wyszedł niezwykle smaczny.

Kontynuuj

0
Udostępnij
S0118139

I znów tarta za tartą. Mam z nimi tak, że, albo zapominam o nich i nie robię ich wcale, albo piekę na okrągło – jedna za drugą. Na szczęście w komponowaniu ich jest pełna dowolność. Można przyrządzać je ze wszystkiego. Dzięki temu spożywana kilka dni z rzędu nie wywołuje wymiotów. Pod warunkiem oczywiście użycia świeżych produktów 😉 Kilka dni temu weszłam w fazę ‚tarta na okrągło’. Jadłam i serwowałam ją dwa dni z rzędu. Na dodatek zaserwowano tartę mi. Miałam przyjemność spędzić kilka miłych i smacznych chwil u przyjaciółki na od dawna planowanej kolacji. Było tak pysznie, że najchętniej z kolejną nie czekałabym tak długo 😉 A tarta Kasi z suszonymi pomidorami, fetą i tymiankiem była przepyszna. Bez dokładki się nie obeszło. Ale rozsądnie, bo musiało zostać w brzuchu trochę miejsca na boską pavlovą. Ach pychota.

A wracając do tary … przyrządziłam TARTĘ z BURAKIEM i FETĄ. Podeszłam do niej sceptycznie, choć buraka i fetę bardzo lubię. Ale taka ilość buraka troszkę nie przerażała. Jednak połączenie słodkiego, bordowego buraka ze słoną, bialutką fetą zrobiło na mnie duże wrażenie. Tarta wyglądała tak, że chciało się ją zjeść. A po zjedzeniu … nadal chciało się ją jeść :) Zakochałam się w niej.

Kontynuuj

0
Udostępnij