S0079164

Gorgonzola jest jednym z niewielu serów, za którym, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Odłożyłam jednak na bok swoje uprzedzenia i na specjalne życzenie Ukochanego zakupiłam opakowanie ‚śmierdziucha’. Czego się nie robi z miłości 😉 Postanowiłam połączyć ser z czymś, co lubię, by łatwiej znieść jego obecność. Pojawił się więc makaron (wiadomo 🙂 ), suszone pomidory i polędwiczka wieprzowa. Gorgonzola połączona ze śmietanką stworzyła delikatny, kremowy sos, który świetnie komponował się z mięsem i suszonymi pomidorami. Przyznam, że danie pozytywnie mnie zaskoczyło. Do tego stopnia, że tego samego dnia zrobiłam kolejną porcję przeznaczoną do pracy. Gorgonzola pokazała się z lepszej strony, a tym samym wyskoczyła z listy nielubianych produktów.

Continue reading

0
Share
4

Jestem słodyczożercą. Od pewnego czasu jednak tylko weekendowym 😉 Postanowiłam raczyć się słodyczami tylko w jeden dzień w tygodniu, najczęściej weekendowy. Trudno bowiem wyjść z niedzielnego obiadu u rodziny bez zjedzenia kawałka ciasta albo zignorować cudne desery w menu ulubionej restauracji. Kiedyś nie zwracałam szczególnej uwagi na propozycje deserów. Danie główne było zwykle porcją, która uniemożliwiała dalszą konsumpcję. Po chwili przerwy i kilku łykach wina pomagającego w trawieniu, można skusić się na małe co nieco. Warto. To co oferują modne bistra i restauracje jest nieziemskie. Dla osób, które dotąd raczyły się jedynie ciastem drożdżowym z owocami, lodami czy pączkami z marmoladą połączenia w restauracyjnych deserach mogą być zaskakujące. Myślę, że zaskakujące pozytywnie. Sięgam po te desery z wielką ciekawością. Póki co najmocniej w pamięci utkwił mi deser z restauracji ‚Brylantowa 16’. Po pysznym makaronie nie zamówiłam deseru, ale udało mi się skubnąć odrobinę od towarzyszy kolacji. Było to coś niesamowitego – crumble rabarbarowe z angielskim sosem miętowym. Najpyszniejsza słodka rzecz, jaką jadłam. Od tamtej chwili nie ignoruję deserów wypisanych w kartach menu 😉 Niedawne wyjście do ‚RAGU Pracownia Makaronu’ (polecam!) wzbogaciło moje kulinarne doświadczenia o kolejną słodką pozycję – cytrynowy krem z białą czekoladą i borówkami. Deser był bardzo delikatny, kremowy i kwaskowaty. Ponadto dzięki swojej niezwięzłej formie był łatwy do zjedzenia nawet po obfitym posiłku. Zainspirował mnie do przyrządzenia czegoś podobnego w domu. I tak powstał mój  c h a ł w o w y   k r e m   z   l e ś n y m i   o w o c a m i. Spróbujcie!

Continue reading

0
Share
S0039040

Ciągle mówimy, że nie mamy na nic czasu. A potem dochodzą nowe zajęcia i jakoś ten czas się znajduje. Prawdą jest, że im więcej mamy obowiązków, tym lepiej się organizujemy. Pod warunkiem oczywiście, że chwilę się zastanowimy i odpowiednio zaplanujemy wszystkie czynności. Wieczorem pakuję torbę sportową, torebkę, planuję ubiór, gotuję obiad na następny dzień, umieszczam go w pudełkach i obmyślam pozostałe posiłki. W końcu wychodzę na cały dzień. Jeśli w ciągu dnia między zajęciami pojawia mi się ‚okienko’, wypełniam je np. małymi zakupami (jakieś brakujące składniki do posiłku na kolejny dzień), wizytą u mamy czy dawno niewidzianej koleżanki. Szybka kawka i lecę dalej 😉 Planowanie pomaga zaoszczędzić czas i wykorzystać go pożytecznie. Już od jakiegoś czasu nawet w sobotnie poranki nie mogę sobie pozwolić na spontaniczność i błogi stan lenistwa. O 7 rano jadę na trening rowerowy. Dzięki temu, że pakuję się wieczorem, rano nie muszę wstawać specjalnie wcześnie, by to zrobić. Nie muszę też myć włosów i się malować. W końcu za chwilę będę cała mokra … od potu. Jedyne co muszę zrobić to śniadanie. Bez tego ani rusz. Przed treningiem (zwłaszcza tak wyczerpującym, jak ten) pożywne śniadanie to konieczność. Serwuję sobie wtedy owsiankę lub ryż z bakaliami lub owocami. Tu też mogę zaoszczędzić trochę czasu, szykując dzień wcześniej składniki – rozmrażając owoce, siekając orzechy czy, jak w przypadku dzisiejszej propozycji śniadaniowej, namaczając nasiona chia. Dzięki temu zaoszczędzam czas wtedy, kiedy szczególnie mi na nim zależy. W sobotni poranek lepiej jest spędzić dodatkowe 10 czy 15 minut w łóżku niż przy kuchennym blacie 😉

Continue reading

0
Share
2

Z końcem tygodnia (roboczego) zaobserwowałam masowe planowanie lepienia pierogów. To pewnie, poza rosołem i kotletem  schabowym, najczęstszy wyrób weekendowych prac kuchennych. Nic dziwnego. Pierogów nie da się ulepić od tak w pięć minut. Wymaga to od nas nieco więcej czasu i skupienia. Nie wystarczy zamieszać od czasu do czasu, przy jednoczesnym robieniu np. prania. Trzeba w tej kuchni stanąć i tak stać i lepić, aż ulepi się tyle pierogów, by starczyło na obiad i pewnie jeszcze kilka kolejnych 😉 Osobiście lubię lepić pierogi, ale unikam robienia ich na zapas. I nie tylko dlatego, że po godzinie lepienia mi się odechciewa, ale też dlatego, że nie chcę trzy dni z rzędu jeść tego samego, a w zamrażarce po prostu nie ma miejsca.
Jednymi z moich ulubionych pierogów są te z łososiem z dodatkiem wyczuwalnej skórki cytrynowej i pomarańczowej. Dla mnie to idealna potrawa na weekend. Mam wreszcie czas na jej przygotowanie, a poza tym zawiera składnik, który obiecałam sobie, że będę jadała w weekendy – rybę. W pierogach też się liczy 😉

Continue reading

0
Share
1

20170108_112527Uf nareszcie czuję się lepiej. Po kilku dniach leżenia w łóżku poczułam w końcu, że jest dobrze i mogę wrócić do ‚normalności’. W trakcie tych dni zrozumiałam, że nie łatwo jest nic nie robić. Nuda i brak aktywności. Nie, nie, nie chcę tak dłużej. Dziś ubrałam buty i wyszłam. Co prawda jeszcze nie biegać 😉 Wyszłam na spacer z … łyżwiarskim akcentem. W mojej mieścinie nie ma sztucznych ślizgawek do jazdy, ale dzięki ostrym mrozom, tych naturalnych ślizgawek nie brakuje. Rozsądek trzymał mnie jednak z daleka od stawu, ale na jazdę w zamarzniętym rowie pozwolił 🙂 Pierwsze od dawana łyżwiarskie kroki sprawiły mi wiele radości. Widowni pewnie też – nie najlepsza ze mnie łyżwiarka 😉
Spacer do wyjątkowo długich nie należał. Marzły dłonie i stopy, a nawet aparat fotograficzny. Ja ogrzałam się w domu, pijąc pyszną, gorącą czekoladę. Aparatowi to nie pomogło. Mróz najwyraźniej go zabił. Zostaje mi teraz aparat w telefonie.
A co do gorącej czekolady … Robi się ją w mgnieniu oka. Jest wyjątkowo gęsta i intensywna. Dla mnie idealna. Dla mojego Ukochanego chyba też, bo przy okazji późniejszych zakupów przyniósł do domu kolejną tabliczkę gorzkiej czekolady 😉
Continue reading

0
Share
1

Chorowanie w ogóle nie jest fajne. Niby siedzi się, a w zasadzie leży, w domu, śpi się kiedy chce i ile się chce, ale nijak się to ma do przyjemnego leniuchowania. Przyjemne jest jedynie to, że ktoś o ciebie dba 🙂 Przynosi smakowite rzeczy, podaje soczek i głaszcze zbolałą, gorącą głowę i w ogóle jest jeszcze bardziej kochany. Widzę jeszcze jeden plus przymusowego siedzenia w domu – spokojnie można przygotować i zjeść nie byle jakie śniadanie 🙂 Przyrządziłam więc sobie niesamowicie aromatyczną, iście zimową jaglankę piernikową ze smażonymi śliwkami z syropem klonowym i intensywną, gorzką czekoladą. Aaaale pachniało. Smakowało jeszcze lepiej. Jutro wolny, świąteczny dzień – może spróbujecie? 😉

Continue reading

0
Share
s0116413

Jak się okazuje, dynia może uratować nie jedną sytuację. Dzień po świętach napoczęłam zawsze obecną w mojej kuchni dynię piżmową. Zaraz po tym udałam się na kilkudniowy wyjazd sylwestrowo-noworoczny (w poszukiwaniu prawdziwej zimy). Nie zdołałam wykorzystać całej dyni. Pozostawiłam ją, jak sądziłam, na zmarnowanie. Po powrocie zastałam ją jednak jędrną i gotową do użycia. Świetnie się składało. Lodówka w związku ze świętami i wyjazdem świeciła pustkami. Znaleźć w niej można było naprawdę niewiele. Powrót w Nowy Rok i chęć przyrządzenia obiadu i kolacji (tym bardziej obiadu do pracy na następny dzień) stały się problemem. W takich sytuacjach zachodzi konieczność zrobienia ‚czegoś z niczego’. Obiad pięknie wyszedł z porcji suszonych grzybów, otrzymanych w prezencie przed świętami oraz resztki mrożonej fasolki połączonej z gotowaną kaszą. W kolacji zaś pierwsze skrzypce zagrała dynia, która przetrwała kilkudniowe pozostawienie w lodówce. Upieczona zawsze smakuje pysznie. Nadaje się wtedy do makaronu, kaszy, ryżu czy sałatki. A jeśli już o sałatce mowa, to ostatnio moim faworytem jest sałatka właśnie z pieczoną dynią, porcją zieleniny, sera i nasion lub orzechów. Polecam!

Continue reading

0
Share
1

Teraz królują pomarańcze i mandarynki. To iście zimowe owoce, te drugie zwłaszcza. Jakiś czas temu rzadkie, jadane od święta. Dosłownie. Pojawiały się w grudniu i lądowały w bożonarodzeniowych paczkach pod choinką. Teraz dostępne są przez cały rok. A przez to ich czar może nie prysł, ale zdecydowanie się zmniejszył. Mandarynki kupujemy, bo są tanie i bardzo smaczne. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele cennych wartości odżywczych zawierają. „Co prawda podobnie jak grejpfruty czy cytryny są skarbnicą witaminy C, lecz tylko one zawierają nobiletynę – flawonoid, który pomaga zwalczać otyłość, zapobiegać cukrzycy typu 2 i miażdżycy naczyń.”* Mandarynki są niezwykle bogate w witaminę A, która korzystnie wpływa na naszą skórę i oczy. Mandarynki to również źródło witaminy C, jak to cytrusy.
Pomarańcze są uniwersalne. Można je wykorzystać w deserach, sałatkach, drinkach, koktajlach. Wyciska się z nich sok, który po prostu się pije lub dodaje do dressingów. Mandarynki nie są tak często używane. Te najczęściej zjada się zaraz po obraniu, bez specjalnej, dodatkowej obróbki. Postanowiłam je jednak wykorzystać i włożyć w inną scenerię niż po prostu dłoń. Umieściłam je w miseczce w towarzystwie sałaty, kremowego sera camembert, słodkiej i kwaskowatej zarazem żurawiny, winnych kaparów i delikatnych migdałów. Sałatki nie polałam żadnym sosem. Wilgoci nadała zarówno mandarynka, żurawina jak i kapary.

Continue reading

0
Share
2

Dzisiejszy dzień pod względem pogody był naprawdę paskudny. Silny wiatr, mżawka przechodząca w deszcz i kompletny brak słońca. Fu ble. Aż nie chce się wyglądać przez okno, nie mówiąc już o wychodzeniu. Ale wyjść było trzeba … np. pobiegać. Przy takiej pogodzie uświadamiam sobie, że trening ciała boli nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W takie dni pracuje się nad głową i charakterem 😉
Po porannym bieganiu, zmaganiu się z zatrzymującym mnie wiatrem i zraszającym moją twarz deszczem, zasiadłam do komputera i przeniosłam się w inny świat. Świat wspomnień, hiszpańskiego słońca, piaszczystej plaży, szybkich szos, pysznego wina i błogiego relaksu. Zgrywałam filmiki, przycinałam je i łączyłam w gibki, wakacyjny klip. Fajnie tak sobie powspominać i napatrzeć się na obecne w filmiku słońce, którego za oknem tak mało ostatnio. A może przy okazji zjeść coś słonecznego i egzotycznego? A skoro hiszpańskie wspomnienia, to … hiszpańska szałwia czyli chia 🙂 Do tego np. ananas, mango, kaki … egzotyka dostępna jest w każdym sklepie 🙂

Continue reading

0
Share
s0166350

Każdy (tak mi się wydaje) ma czasami chęć na niezdrowego fast food’a. Z takimi zachciankami można i należy walczyć. Wychodzę jednak z założenia, że pozwolenie sobie ‚od święta’ na taki spożywczy grzech nie jest niczym bardzo złym. Może nawet warto go sobie zafundować tak dla czystej nauczki. Osobiście mam tak, że gdy już ulegnę pokusie zjedzenia np. talerza frytek, to przez kolejny dzień zmagam się nie tylko z wyrzutami sumienia, ale przede wszystkim z niestrawnością i złym samopoczuciem. Tak ogromna dawka soli i tłuszczu szybko uświadamia, jak złą karmą jest ‚śmieciowe jedzenie’. Teraz przy takich zachciankach funduję sobie zdrowe frytki np. z batatów. Piekę je w piekarniku, dzięki czemu nie są skąpane w tłuszczu. Solą posypują tylko symbolicznie, albo wcale. Są pyszne z kwaśną śmietaną czy gęstym jogurtem.

Continue reading

0
Share